piątek, 7 lutego 2020
Dzień 15. Żegnaj, Buenos!
Trochę zaspałyśmy rano. No nic, ruszamy. Wejście do Recolety jest darmowe, można (a nawet trzeba) zostawić plecak u panów ochroniarzy. Bardzo miłych, pomagają nam nawet potem je założyć na plecy :)
Cmentarz rzeczywiście robi wrażenie. Niektóre mauzolea są naprawdę przepotężne, z nawet kilkunastoma (a może kilkudziesięcioma?) trumnami, położonymi jedna nad drugą (często na wielu poziomach nad powierzchnią i pod ziemią). Nie wszystkie nagrobki są w dobrym stanie - z niektórych uszkodzonych trumien wystają nawet kawałki kości. Są tu groby zarówno bardzo stare jak i całkiem aktualne - cmentarz wciąż jest czynny.
Gdy wychodzimy, uświadamiamy sobie, która jest godzina. Kuźwa, jesteśmy 50 km od lotniska. Lecimy biegiem kupić yerbę i coś do jedzenia (milanesę na ciepło, ktorą potem pożerałyśmy w biegu), a potem pędzimy na metro i autobus. W sumie średnio pamiętamy jak dojechać na lotnisko, jedziemy więc na Plazę de Mayo, bo tam z lotniska przyjechałyśmy. Potem gdzieś nas tam kierują i koniec końców lądujemy na przystanku linii 8, która ma nas zawieźć do celu. Wiemy, że mamy wypatrywać ósemki, która jedzie "via autopista", czyli przez autostradę, bo jeśli wsiądziemy do zwykłego, to już na bank nie zdążymy na samolot. Trochę czekamy na ten autobus. Gdy już jesteśmy w środku, przepakowujemy plecaki (wszak czeka nas wariacki bieg), ubieramy się i czekamy. I czekamy, i czekamy. Czy ten autobus na pewno jest via autopista? Bo co chwilę z tej autopisty zjeżdża w jakieś wioski. Do odlotu mamy jeszcze jakąś godzinę, ale musicie wiedzieć, że w Argentynie to wszystko się odbywa szybko. Właśnie około godziny przed odlotem zamykają bramki a ludzie są już po kontroli bezpieczeństwa i grzecznie czekają w kolejce na wywołanie danego sektora (dla porządku wsiada się według sektorów w zależności od tego, gdzie kto siedzi - to jest bardzo fajne rozwiązanie, bo nikt się nie tłoczy w przejściu). Gdy dojeżdżamy na lotnisko, wypadamy z autobusu i pędzimy ile sił. Co za emocje! Jesteśmy jakieś parę minut po godzinie zamknięcia bramek według biletu, na szczęście przy okienku siedzi jeszcze jakaś laska. Choć widać, że się już zbiera i że drugi pracownik już na nią czeka. Oddajemy bagaż (uff, teraz to już chyba będą na nas czekać) i rzucamy się do kontroli bezpieczeństwa. Na szczęście tam do tego bezpieczeństwa nie przywiązują większej wagi (za to potem w Londynie mnie będą trzepać), więc poszło to szybko. Zdążyłyśmy tylko znaleźć właściwy gate, skoczyć na siku i już trzeba było wsiadać. To się nazywa rzutem na taśmę. Kurde, nigdy więcej ;)
To już koniec tej opowieści, ale nie koniec podróży - lądujemy w Pradze, więc zarezerwowałyśmy sobie tam jedną noc, żeby na spokojnie wrócić do rzeczywistości, a jak wiadomo, knedliczki i czeskie piwo w tym bardzo pomagają :)
Do usłyszenia!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Buenos Aires. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Buenos Aires. Pokaż wszystkie posty
piątek, 14 lutego 2020
ARGENTYNA 2020 - DZIEŃ 11
poniedziałek, 3 lutego 2020
Dzień 11. (boskie?) Buenos Aires
Rano po śniadaniu żegnamy się z naszą gospodynią (przy okazji kradnąc jej klucze do mieszkania, co uświadomimy sobie dopiero na lotnisku) i wsiadamy w zamówioną taksówkę. O dziwo, jadąc według taksometru, całkowita opłata wynosi 300 peso, a nie 450 jak to było w drugą stronę.

Lotnisko to klimatyczna, drewniana chatka :)
Buenos i jego ulice jakby narysowane "od linijki":
jedna z wielu kolorowych grafik w metrze:
Nocleg w Buenos był tani - 800 peso za nas dwie. Jesteśmy w pokoju z jakimiś dwoma skośnymi, którzy albo śpią albo oglądają jakiś film na laptopie. Zostawiamy rzeczy, doprowadzamy się do porządku i ruszamy w tango!
Mamy na dziś dwa cele: zjeść stek i obejrzeć pokaz tango. Na stek wybieramy słynną La Brigadę. Jesteśmy chwilę przed otwarciem, więc idziemy na piwo (70 peso) do pobliskiej meksykańskiej knajpki. Gdy upływa godzina otwarcia La Brigady, ruszamy na naszą ucztę.
Restauracja jest dość interesująca: eleganccy kelnerzy, żyrandole, cały ten szyk - wiecie, stoły zastawione różnymi dziwnymi sztućcami i w ogóle. Jest wykwintnie dopóki nie spojrzy się na ściany i sufit, które są pełne różnych futbolowych artefaktów: koszulek, zdjęć, plakatów, proporczyków i innych kibolskich akcesoriów. Ten kontrast czyni lokal naprawdę niepowtarzalnym. Zamawiamy słynne bife de chorizo (ja) i bife de lomo (Karolina). Kelner przynosi nasze dania i wbija w nie łyżkę, która wchodzi jak w masło. Obie zamówiłyśmy wersję medium (zamiast krwistej albo dobrze wysmażonej), ale i tak wygląda to dość krwiście. Danie Karoliny jest naprawdę boskie, mojemu daję tak ze trzy gwiazdki. Było dość smaczne, ale podane z kością - po odjęciu tej kości porcja jest bardzo mała. Nie pojadłam kompletnie. Bardzo trudno też było to kroić - nie wiem, może ja nie umiem, nie jestem mięsnym ekspertem ;) Było niezłe, ale po tych wszystkich opiniach na internetach czuję pewien niedosyt. No i nie jest to tania zabawa - razem z piwem (małym!) i sałatką (jedną na dwie) płacimy około 1200 peso za osobę.
Pokazy tango - takie, które można sobie zarezerwować online - były jakieś dziko drogie (nie pamiętam dokładnie, ale były to jakieś kwoty rzędu 100 USD. Jakbyście potrzebowali, lista ponoć fajnych miejsc na tango jest TUTAJ. My tu robimy błąd, bo wydaje nam się, że - gdzie jak gdzie - ale tango to na bank będzie na La Boce. Idziemy tam więc. Ku naszemu zaskoczeniu (jesteśmy tam może około 22:30) cała dzielnica jest nieżywa - wszystko pozamykane, dookoła żywej duszy. Idziemy wzdłuż kanału portowego do miejsc, z których dobiega muzyka, ale jedno okazuje się jakimś bunkrem, gdzie chyba jest jakiś mecz czegoś, a drugie prowadzi nas do slumsów, a muzyka okazuje się być puszczona z radia. Łoo, szybka ewakuacja. Okazuje się, że wdupiłyśmy się w miejsce, gdzie nie jeżdżą żadne autobusy. Robią mi się odciski na nogach - szlag, będę musiała biegać po Iguazu w traperach.


Gdy wydostajemy się z portowych okolic jest już koło północy, więc chyba już za późno na tango. No trudno, widać nie było nam pisane. Wbiegamy do ostatniego metra i jedziemy do naszego hostelu. Przynajmniej stek mamy zaliczony ;)
Dzień 11. (boskie?) Buenos Aires
Rano po śniadaniu żegnamy się z naszą gospodynią (przy okazji kradnąc jej klucze do mieszkania, co uświadomimy sobie dopiero na lotnisku) i wsiadamy w zamówioną taksówkę. O dziwo, jadąc według taksometru, całkowita opłata wynosi 300 peso, a nie 450 jak to było w drugą stronę.

Lotnisko to klimatyczna, drewniana chatka :)
Buenos i jego ulice jakby narysowane "od linijki":
jedna z wielu kolorowych grafik w metrze:
Nocleg w Buenos był tani - 800 peso za nas dwie. Jesteśmy w pokoju z jakimiś dwoma skośnymi, którzy albo śpią albo oglądają jakiś film na laptopie. Zostawiamy rzeczy, doprowadzamy się do porządku i ruszamy w tango!
Mamy na dziś dwa cele: zjeść stek i obejrzeć pokaz tango. Na stek wybieramy słynną La Brigadę. Jesteśmy chwilę przed otwarciem, więc idziemy na piwo (70 peso) do pobliskiej meksykańskiej knajpki. Gdy upływa godzina otwarcia La Brigady, ruszamy na naszą ucztę.
Restauracja jest dość interesująca: eleganccy kelnerzy, żyrandole, cały ten szyk - wiecie, stoły zastawione różnymi dziwnymi sztućcami i w ogóle. Jest wykwintnie dopóki nie spojrzy się na ściany i sufit, które są pełne różnych futbolowych artefaktów: koszulek, zdjęć, plakatów, proporczyków i innych kibolskich akcesoriów. Ten kontrast czyni lokal naprawdę niepowtarzalnym. Zamawiamy słynne bife de chorizo (ja) i bife de lomo (Karolina). Kelner przynosi nasze dania i wbija w nie łyżkę, która wchodzi jak w masło. Obie zamówiłyśmy wersję medium (zamiast krwistej albo dobrze wysmażonej), ale i tak wygląda to dość krwiście. Danie Karoliny jest naprawdę boskie, mojemu daję tak ze trzy gwiazdki. Było dość smaczne, ale podane z kością - po odjęciu tej kości porcja jest bardzo mała. Nie pojadłam kompletnie. Bardzo trudno też było to kroić - nie wiem, może ja nie umiem, nie jestem mięsnym ekspertem ;) Było niezłe, ale po tych wszystkich opiniach na internetach czuję pewien niedosyt. No i nie jest to tania zabawa - razem z piwem (małym!) i sałatką (jedną na dwie) płacimy około 1200 peso za osobę.
Pokazy tango - takie, które można sobie zarezerwować online - były jakieś dziko drogie (nie pamiętam dokładnie, ale były to jakieś kwoty rzędu 100 USD. Jakbyście potrzebowali, lista ponoć fajnych miejsc na tango jest TUTAJ. My tu robimy błąd, bo wydaje nam się, że - gdzie jak gdzie - ale tango to na bank będzie na La Boce. Idziemy tam więc. Ku naszemu zaskoczeniu (jesteśmy tam może około 22:30) cała dzielnica jest nieżywa - wszystko pozamykane, dookoła żywej duszy. Idziemy wzdłuż kanału portowego do miejsc, z których dobiega muzyka, ale jedno okazuje się jakimś bunkrem, gdzie chyba jest jakiś mecz czegoś, a drugie prowadzi nas do slumsów, a muzyka okazuje się być puszczona z radia. Łoo, szybka ewakuacja. Okazuje się, że wdupiłyśmy się w miejsce, gdzie nie jeżdżą żadne autobusy. Robią mi się odciski na nogach - szlag, będę musiała biegać po Iguazu w traperach.


Gdy wydostajemy się z portowych okolic jest już koło północy, więc chyba już za późno na tango. No trudno, widać nie było nam pisane. Wbiegamy do ostatniego metra i jedziemy do naszego hostelu. Przynajmniej stek mamy zaliczony ;)
ARGENTYNA 2020 - DZIEŃ 1
piątek, 24 stycznia 2020
Dzień 1. Witaj Buenos!
Naszą podróż rozpoczęłyśmy już wczoraj. Pierwszy lot miałyśmy z Krakowa do Londynu, a stamtąd już bezpośredni do Buenos Aires. Spodziewałyśmy się po British Airways jakiegoś super-hiper-wypaśnego samolotu, ale rzeczywistość mocno nas zaskoczyła. Szesnaście godzin lotu spędziłyśmy w starym Boeingu 777 rodem z kultowej komedii pt. "Czy leci z nami pilot". Tak starym, że obsługa chodziła i ręcznie psikała płynem dezynfekującym (w "normalnych" samolotach to się samo psika z wbudowanych zraszaczy). Klimatu dodawały krzyki siedzącej dwa rzędy za nami kobiety, która darła się wniebogłosy, żeby ktoś jej pomógł i że ona nie chce podróżować w ten sposób. Choć to jej "I don't wanna go this way" brzmiało trochę jak "I don't gonna die this way". Towarzyszący jej ludzie uspokajali, że to tylko histeria spowodowana strachem przed lataniem i że pani histeryczna dostała już odpowiednie prochy. No i rzeczywiście - zaraz po starcie krzyki ustały. O dziwo lot "przeleciał" naprawdę szybko. Raz, że był w dużej mierze nocny, a dwa, że zaletą tego starocia były całkiem wygodne i głęboko rozkładajace się fotele.
Buenos powitało nas niebieskim niebem i gorącem. Na lotnisku wymieniamy trochę kasy (w banku - bo bankomat chce coś koło 32 zł powizji) po kursie chyba 57 peso za dolara. Oficjalny kurs jest kiepski - lepiej wymienić u cinkciarzy (co potem robimy - po kursie 70), ale potrzebujemy trochę kasy na start. W informacji turystycznej dostajemy mapkę miasta i dowiadujemy się, że z lotniska do miasta są miejskie autobusy, a płatność odbywa się przez odbijanie karty, którą trzeba sobie kupić (najlepiej w ichniejszych kioskach ruchu - nazywają się OPEN 25 HS) i naładować w automacie. My płaciłyśmy 90 peso za tą kartę i naładowałyśmy za 310 - to jest tak, że samą kartę masz za darmo, ale przy pierwszym doładowaniu od razu pobiera się opłata. Trochę się na początku zdziwiłyśmy, że wrzuciłyśmy 400 peso a doładowało się za 310 ;)
Droga do centrum trwa około godziny. Wysiadamy na Plaza de Mayo i ruszamy zwiedzać miasto. Nie jestem wielką fanką zwiedzania stolic (a już zwłaszcza mając na sobie plecak z całym szpejem i trapery na nogach), ale Buenos robi całkiem niezłe pierwsze wrażenie. No, może drugie, bo pierwszą rzeczą, jaką tam dojrzałam, była pancerna budka z policjantami pilnującymi ruchu na skrzyżowaniu. Od razu mi się przypomniały wszystkie ostrzeżenia o niebezpieczeństwie w tym mieście.
Trochę łaziłyśmy po stolicy (nie tylko dziś, ale też w kolejnych dniach, bo tak się składało, że miałyśmy tu czas między kolejnymi lotami) i nie czułyśmy się jakoś szczególnie niebezpiecznie. Miasto jak miasto. Taka trochę Barcelona z tymi kolonialnymi kamienicami.
Na zdjęciu poniżej Cafe Tortoni, najstarsza kawiarnia w Buenos. Na wolny stolik czekała całkiem spora kolejka.

Ruszamy na spacer w kierunku Recolety.
Księgarnia w teatrze:

Piękne, rozłożyste drzewa. Cudownie zaznać w styczniu trochę lata.
Po drodze trafiamy na galerię sztuki nowoczesnej. Nie wiemy, co autor miał na myśli, ale przyjemnie odpocząć tu trochę.

Mecha-kwiatek. W środku ma czułki z panelami słonecznymi, co sprawia, że w dzień płatki się rozwijają. My docieramy do parku późnym popołudniem, więc kwiatek jest już złożony.
Krótki odpoczynek pod palmami :)
Recoletę niestety nam zamknęli, podobnie jak ogród japoński, idziemy więc na lotnisko, z którego jutro mamy odlatywać. Czasem trudno być pieszym - okazuje się, że wyszłyśmy od strony pasa startowego i musimy zrobic kolejne kilometry, by dostać się do terminala. No nic, przynajmniej mamy zaprawę pod marsz z plecakiem ;)
Lotnisko ma dużo fajnych miejsc do spania. Wybrałyśmy najlepsze z możliwych: schowek za automatem z colą na pierwszym piętrze. Jest ciepło, dyskretnie, mamy prąd i widok na ocean. Czego chcieć więcej? Oby tylko nie zaspać jutro na samolot do El Calafate :)
Dzień 1. Witaj Buenos!
Naszą podróż rozpoczęłyśmy już wczoraj. Pierwszy lot miałyśmy z Krakowa do Londynu, a stamtąd już bezpośredni do Buenos Aires. Spodziewałyśmy się po British Airways jakiegoś super-hiper-wypaśnego samolotu, ale rzeczywistość mocno nas zaskoczyła. Szesnaście godzin lotu spędziłyśmy w starym Boeingu 777 rodem z kultowej komedii pt. "Czy leci z nami pilot". Tak starym, że obsługa chodziła i ręcznie psikała płynem dezynfekującym (w "normalnych" samolotach to się samo psika z wbudowanych zraszaczy). Klimatu dodawały krzyki siedzącej dwa rzędy za nami kobiety, która darła się wniebogłosy, żeby ktoś jej pomógł i że ona nie chce podróżować w ten sposób. Choć to jej "I don't wanna go this way" brzmiało trochę jak "I don't gonna die this way". Towarzyszący jej ludzie uspokajali, że to tylko histeria spowodowana strachem przed lataniem i że pani histeryczna dostała już odpowiednie prochy. No i rzeczywiście - zaraz po starcie krzyki ustały. O dziwo lot "przeleciał" naprawdę szybko. Raz, że był w dużej mierze nocny, a dwa, że zaletą tego starocia były całkiem wygodne i głęboko rozkładajace się fotele.
Buenos powitało nas niebieskim niebem i gorącem. Na lotnisku wymieniamy trochę kasy (w banku - bo bankomat chce coś koło 32 zł powizji) po kursie chyba 57 peso za dolara. Oficjalny kurs jest kiepski - lepiej wymienić u cinkciarzy (co potem robimy - po kursie 70), ale potrzebujemy trochę kasy na start. W informacji turystycznej dostajemy mapkę miasta i dowiadujemy się, że z lotniska do miasta są miejskie autobusy, a płatność odbywa się przez odbijanie karty, którą trzeba sobie kupić (najlepiej w ichniejszych kioskach ruchu - nazywają się OPEN 25 HS) i naładować w automacie. My płaciłyśmy 90 peso za tą kartę i naładowałyśmy za 310 - to jest tak, że samą kartę masz za darmo, ale przy pierwszym doładowaniu od razu pobiera się opłata. Trochę się na początku zdziwiłyśmy, że wrzuciłyśmy 400 peso a doładowało się za 310 ;)
Droga do centrum trwa około godziny. Wysiadamy na Plaza de Mayo i ruszamy zwiedzać miasto. Nie jestem wielką fanką zwiedzania stolic (a już zwłaszcza mając na sobie plecak z całym szpejem i trapery na nogach), ale Buenos robi całkiem niezłe pierwsze wrażenie. No, może drugie, bo pierwszą rzeczą, jaką tam dojrzałam, była pancerna budka z policjantami pilnującymi ruchu na skrzyżowaniu. Od razu mi się przypomniały wszystkie ostrzeżenia o niebezpieczeństwie w tym mieście.
Trochę łaziłyśmy po stolicy (nie tylko dziś, ale też w kolejnych dniach, bo tak się składało, że miałyśmy tu czas między kolejnymi lotami) i nie czułyśmy się jakoś szczególnie niebezpiecznie. Miasto jak miasto. Taka trochę Barcelona z tymi kolonialnymi kamienicami.
Na zdjęciu poniżej Cafe Tortoni, najstarsza kawiarnia w Buenos. Na wolny stolik czekała całkiem spora kolejka.

Nasz pierwszy argentyński posiłek - empanadasy (w lokalach kosztowały średnio 90-120 peso, a u ulicznych sprzedawców dało się kupić nawet po 40).
Ruszamy na spacer w kierunku Recolety.
Księgarnia w teatrze:

Piękne, rozłożyste drzewa. Cudownie zaznać w styczniu trochę lata.
Po drodze trafiamy na galerię sztuki nowoczesnej. Nie wiemy, co autor miał na myśli, ale przyjemnie odpocząć tu trochę.
Mecha-kwiatek. W środku ma czułki z panelami słonecznymi, co sprawia, że w dzień płatki się rozwijają. My docieramy do parku późnym popołudniem, więc kwiatek jest już złożony.
Krótki odpoczynek pod palmami :)
Recoletę niestety nam zamknęli, podobnie jak ogród japoński, idziemy więc na lotnisko, z którego jutro mamy odlatywać. Czasem trudno być pieszym - okazuje się, że wyszłyśmy od strony pasa startowego i musimy zrobic kolejne kilometry, by dostać się do terminala. No nic, przynajmniej mamy zaprawę pod marsz z plecakiem ;)
Lotnisko ma dużo fajnych miejsc do spania. Wybrałyśmy najlepsze z możliwych: schowek za automatem z colą na pierwszym piętrze. Jest ciepło, dyskretnie, mamy prąd i widok na ocean. Czego chcieć więcej? Oby tylko nie zaspać jutro na samolot do El Calafate :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)


