poniedziałek, 19 czerwca 2017

IRAN 2017 - DZIEŃ 1

sobota, 27 maja 2017

Praga -> Kijów -> Teheran -> Tebriz -> Osku -> Kandovan

Welcome to Iran


No to ruszamy :)
Transfer
W moim przypadku lot był poprzedzony jednodniowym zwiedzaniem Pragi, której wcześniej nie miałam jeszcze okazji zobaczyć. Lubię loty spoza Polski i długie transfery między innymi dlatego, że można zaliczyć "gratisowe" zwiedzanie dodatkowych krajów. Ukrainian Airlines są całkiem ok, nawet jedzenie nie odbiega standardem od innych linii. Na Ukrainie mamy dobre parę godzin, więc idziemy pieszo. Niezbyt polecam - jakieś 7 kilometrów po krzakach. Zjedliśmy chaczapuri na obiad i wróciliśmy taksówką, która okazała się kosztować niecałe 80 hrywien (jakieś 10 złotych).
W Teheranie wylądowaliśmy po 1 w nocy. Obserwujemy, jak w samolocie kobiety ubierają chustki i zakrywają ręce. Hitem okazała się wściekle opalona blondi, która wsiadła do samolotu w obcisłym topie i lycrowych gatkach, a wysiadła z niego w czadorze.
Wiza
Zdobycie wizy okazało się całkiem bezproblemowe. Trochę się tego obawiałam i nawet zaczynałam żałować, że nie załatwiliśmy jej sobie w ambasadzie, bo naczytałam się, że bez wizy mogą nas nie wpuścić do samolotu i w ogóle masa kłopotów. Na lotniskach jednak nikt o nic nie pytał. Zdecydowaliśmy się na wykupienie ubezpieczenia w AXA Travel ze względu na wyraźny zapis na polisie, że obowiązuje ona w Iranie (w PZU odmówiło wydania takiego zapisu, tłumacząc się, skądinąd słusznie, że przecież jeśli zasięg to "świat" to obejmuje też Iran). Wolałam nie ryzykować i jednak mieć w treści słowo "Iran", więc wybrałam AXĘ. Przeszło bez problemu. W przeciwnym wypadku musielibyśmy wykupić irańskie ubezpieczenie za chyba 16 euro. Przy stanowisku wizowym spotkaliśmy kilku Polaków, w tym jedno małżeństwo z dwójką małych dzieci. Jak już wcześniej wspominałam, w kasie warto złożyć jak największą liczbę paszportów na raz, bo opłata manipulacyjna 3 euro doliczana jest do każdej transakcji niezależnie, czy płacisz za jedną wizę (75 euro) czy za sto. My wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy (zorientowaliśmy się dopiero, gdy pan od nas chciał 153 euro za nasze dwie wizy), ale teraz już wiemy i dlatego Wam mówimy :) Wszyscy Polacy wybrali mniej-więcej tę samą trasę, tylko my jedziemy na północ. Mam jednak przeczucie, że warto :)
Po zapłaceniu kasy oddajemy nasze paszporty, zaakceptowane polisy (nie oszukasz - przybijają pieczątkę) i wypisane wnioski wizowe z adresem (i - co najważniejsze - telefonem) miejsca, w którym mamy rezerwację. Nie zamierzamy wprawdzie się tam zjawiać, ale sama rezerwacja była dobrym pomysłem, bo chyba tam dzwonili (pan pytał, czy na pewno mamy rezerwację i koniecznie chciał ten numer). Kilka minut oczekiwania i voila, mamy nasze wizy. Wszystko nie trwało więcej jak pół godziny. Ważne, żeby wyjść z terminala wyjściem A, bo tam będą Wasze bagaże. Podczas kontroli paszportowej oglądamy modlitwy związane z obchodami Ramadanu (dziś pierwszy dzień). Jesteśmy poruszeni tym, jak mocno oni to przeżywają, podczas czytania świadectw męczeństwa zgromadzeni płakali lub siedzieli z wyrazem bólu na twarzy. Prawda czy propaganda?
Waluta
Przed samym wyjazdem oficjalny kurs riala kształtował się w granicach jakieś 32000 (czyli 3200 tomanów) za dolara, jesteśmy więc bardzo mile zaskoczeni, że na lotnisku kształtuje się coś ponad 37000. Jesteśmy jednak niemile zaskoczeni, że można zamienić tylko 50 dolarów na osobę. Poznani na lotnisku Ola i Mariusz podpowiadają nam jednak, żeby ustawić się w kasie tyle razy, ile dolarów chcemy zamienić. Chcieliśmy po stówie, więc stajemy jeszcze raz. Pani patrzy z dezaprobatą, ale kasę zamienia. Jesteśmy milionerami, możemy więc pojechać taksówką ;)
Transport z lotniska
Poza taryfą i autostopem chyba nie za bardzo jest jak wydostać się z lotniska. Dobrze, że udało nam się dogadać z Olą i Mariuszem, bo dzięki temu koszty rozkładają się na czterech. Ceny są z góry ustalone i kształtują się od 700 000 riali w zależności od auta. My musimy jechać tym za 750 000, bo ponoć do tego za siedemset się nie zmieścimy. Dobre i to. Tylko gdzie chcemy jechać? Hmm, Tebriz Albo Raszt. Cokolwiek, oby na północny zachód. Uświadamiamy sobie, że w Teheranie są cztery dworce. Dzięki przewodnikowi Lemańczyka wiemy, na który powinniśmy jechać, choć jest wielce prawdopodobne, że z każdego z nich można się dostać w dowolnym kierunku. Nasi towarzysze jadą do Isfahanu i pomimo, że to zupełnie nie był ich dworzec to znalazł się autobus, który akurat tam jechał.

W Iranie wszystko jest możliwe ;)


Dworzec autobusowy w Teheranie - panowie naganiacze w pełnej gotowości:
 
 
Kandovan
Po długim zastanowieniu postanawiamy zacząć od Kandovan, bo jest to jeden z moich punktów "must see". Raszt (a właściwie leżąca nieopodal Masuleh) możemy odwiedzić później, bo i tak będziemy się wracać na północ. Tłumaczymy więc panom naganiaczom (tak jak chyba we wszystkich krajach Azji środkowej dworce pełne są panów, którzy starają się wymusić informację, dokąd jedziemy, żeby - za odpowiednią prowizją od przewoźnika - zaprowadzić nas do odpowiedniego okienka), że my Tebriz, a "oni" Isfahan. Po chwili wszyscy mamy odpowiednie bilety w ręce. Udało nam się nawet trochę potargować cenę. Podobno nie korzystając z naganiaczy można dostać bilet jeszcze taniej chodząc od okienka do okienka, ale - szczególnie na większych dworcach - wymaga to sporo zachodu. Agencje sprzedające bilety funkcjonują tu niezależnie, więc trzeba by każdego z osobna zapytać, o której odjeżdża jego autobus i za ile. Nasz autobus jest klasy "vip" - chcieliśmy normalny, najtańszy, ale nie dało się ich przegadać a jesteśmy już trochę zmęczeni, więc może dobrze - mamy przejechać ponad 600 km, więc przynajmniej wyśpimy się komfortowo.

To my i nasi współtowarzysze podróży taksówką - Ola i Mariusz:

Propaganda na każdym kroku - z każdego kąta wyziera brodata twarz któregoś z Ajatollahów.


Trasa na północny-zachód jest bardzo malownicza - jedziemy wzdłuż rudych, pasiastych gór podobnych do tych w Azerbejdżanie. Jakby nie patrzeć, jesteśmy prawie pod jego granicą.
Autobus jest rzeczywiście wygodny, dodatkową korzyścią są "zestawy autobusowe", czyli ciasteczka, które dostajemy w takiej ładnej paczuszce z autobusem. Bardzo smaczne :)



W Tebriz od razu atakują nas kolejni naganiacze. Dowiadujemy się - wbrew temu, co pisze przewodnik - że nie ma żadnych autobusów do Osku (czyli miejscowości, z której do Kandovanu prowadzi już prosta droga). Nie za bardzo dowierzamy, ale każdy zapytany mówi coś mniej-więcej w ten deseń. Była jeszcze opcja podjechać na inny dworzec, ale kosztowało to prawie tyle co taksówka do Osku, więc z braku lepszej alternatywy po długich cenowych pertraktacjach polsko-perskich wsiadamy do taksówki.
W Osku wiemy już, która droga prowadzi do Kandovanu, więc przed wyruszeniem w dalszą trasę robimy sobie krótką przerwę na papierosa i nabranie wody. Zjeść nie ma gdzie, bo Ramadan, sięgamy więc ukradkiem po batoniki muesli z plecaka. Od razu zjawia się dziadek z pobliskiego sklepu i częstuje nas herbatą z cukrem. Cukru nie należy wrzucać do herbaty, tylko zamoczyć w niej, po czym zjeść jak cukierka. Nauczyłam się tej sztuki jeszcze w Azerbejdżanie ;)



Stopowanie w Iranie budzi nieco ambiwalentne uczucia. Z jednej strony to naprawdę urocze, że zawsze od razu ktoś się zatrzymuje i chce pomagać. Z drugiej jednak strony autostop jest dla nich czymś zupełnie nieznanym. Miejscowi najczęściej podwożą się za opłatą, więc dość trudno im wytłumaczyć ideę stopowania, zwłaszcza, że tłumaczenie musi odbywać się językiem migowo-gestowym. Szybko nauczyliśmy się zwrotu "pull na" (pieniądze nie), który odgrywał od tej pory w naszej podróży niezwykle istotną rolę. Bo irańska chęć "pomagania" i to, z czym się to dla nas wiązało to temat na odrębną historię. Czytajcie a się dowiecie ;)
Złapanie auta do Kandovan okazało się łatwiejsze niż myśleliśmy. Pierwszy zatrzymany samochód chciał kasę (jakąś niedużą, ale postanowiliśmy szukać szczęścia dalej), ale za drugim razem trafiła nam się para, która wydawała się być zachwycona takimi niecodziennymi towarzyszami. Podrzucili nas pod taki biwakowy ogródek, w którym były specjalne budki z wybetonowaną podłogą (nawet z oświetleniem), w których można spać (w namiocie lub bez), ale bardzo nie chcieli nas tutaj zostawiać. Mówili, że zimno w nocy i żebyśmy poszli spać do nich do domu. Nie chcemy jednak nadużywać gościnności, więc grzecznie dziękujemy i mówimy, że jednak "czador" (namiot). Zostawiają nas w końcu mówiąc, że będą czekać na nas na parkingu o 9 rano i odwiozą nas z powrotem do miasta. Super, nie przypuszczaliśmy, że pójdzie aż tak łatwo :)
Kandovan to taka mała Irańska Kapadocja - skalne miasteczko, gdzie ludzie sobie żyją w jaskiniach. Bardzo urokliwe miejsce, wybierzcie się tam koniecznie. Pierwsze kroki kierujemy na skały, żeby przyjrzeć się z bliska tym ciekawym domkom. Miejscowi są bardzo gościnni, chętnie zapraszają nas do środka i pokazują swoje skalne mieszkanka. Można też u nich zanocować. Nie pytałam o cenę, ale jaka by nie była, na pewno wyjdzie taniej niż jedyny w wiosce hotel, w którym doba kosztuje coś w granicach 200 dolarów.
A to właśnie wnętrze skalnego domku:

Można było nabyć lokalny miód i bakalie:

Na zachód słońca wspinamy się na przeciwległą do miasteczka łąkę. Przy okazji odnajdujemy idealną miejscówkę na nasz namiot. Spotykamy tu grupę turystów z Australii. Nie wiemy jeszcze, że długo nie uświadczymy innych turystów na naszym szlaku ;)





Wieczór rzeczywiście był chłodny. Dobrze, że mamy długie ciuchy.


Jesteśmy już porządnie głodni, więc rozkładamy namiot, zostawiamy rzeczy i idziemy coś zjeść. W miasteczku na dole znajdujemy restaurację, w której zamawiamy sobie kebaby. Tradycyjne irańskie lokale zamiast stołów i krzeseł mają takie podesty, na których siedzi się boso po turecku i zajada, pochylając się nad talerzem. Nie jest to najwygodniejsze, ale można się przyzwyczaić.
Naprzeciwko nas siedzi sympatyczna para. Uśmiechają się do nas i dają znać, żebyśmy poczęstowali się ich jedzeniem. Wiemy jednak, że to ta'rof, więc grzecznie odmawiamy. Podczas gdy my jemy nasze kebaby (szczerze mówiąc, jadaliśmy lepsze) państwo modlą się na podeście obok. Sam kebab jest tu czymś innym niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Podawany jest w formie długiej kiełbasy, którą je się albo z ryżem, albo zawija się w chleb lawasz, dodając czasem zieleninę.
Mamy zapas ryżu, więc prosimy państwa z kuchni, żeby ugotowali nam ryż. Trudno było do nich dotrzeć, ale w końcu się udało. Wprawdzie pierwszy raz widząc na oczy ryż w worku rozcinają ten worek, ale nieważne - liczy się efekt. Ugotowane. Jutro będzie śniadanko :)

Nasi nowi znajomi są bardzo sympatyczni, chcą się z nami fotografować, dają nam swój numer telefonu (dość optymistyczny gest zważywszy, że nie znają słowa po angielsku, a my po persku góra trzy) i zapraszają do siebie do domu do Raszt. Jeszcze nie wiemy, że za dwa tygodnie będziemy mieć notes pełen telefonów i adresów Irańczyków z całego kraju :P


Zanim wrócimy na naszą łąkę idziemy jeszcze na wieczorny spacer po okolicy. Między innymi oglądamy też słynny hotel za 200 dolców. Pan portier bardzo chętnie oprowadza nas po obiekcie, pokazuje nam też jeden z apartamentów. I chwyta mnie za tyłek. Nosz kurwa! Posyłam mu spojrzenie typu "wielkie WTF", ale gościu wydaje się zupełnie nie zawstydzony. Fakt, mam "nieprzepisową" bluzkę, która powinna mi sięgać do połowy uda. Widać są tak uczeni, że jeśli ktoś nosi się "nieprzyzwoicie" to sam się prosi. Przyjmuję to na klatę, na wszelki wypadek nie odwracając się już do gościa  tyłem.
To właśnie skalny superdrogi apartament:



Noc rzeczywiście jest chłodna. Zaczynam żałować, że nie wzięłam cieplejszego śpiwora. Ale jesteśmy na samej północy, potem może już być tylko cieplej.

Koszty:
- 375 000 taksówka z lotniska;
-   50 000 woda na lotnisku;
- 750 000 dwa bilety na autobus do Tebriz;
- 200 000 taksówka do Osku;
-   35 000 papierosy;
- 330 000 kolacja.
=1 740 000 riali

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz