Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morze Martwe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Morze Martwe. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 czerwca 2019

JORDANIA 2019 - DZIEŃ 2

DZIEŃ 2: ruinki
sobota, 4 maja 2019

pola na środku niczego -> Jerash -> Amman -> Madaba -> Góra Nebo -> Morze Martwe

Problem z akumulatorem rozwiązuje się szybciej niż podejrzewaliśmy - los zsyła nam samochód jadący po pobliskiej polnej drodze. Cud :) Tłumaczymy, że battery kaput i pokazujemy, że nie odpala. Bardzo miły Pan Arab każe nam czekać i po chwili wraca z kablami. Odpalamy - działa :) Uff! Dostajemy zaproszenie na kawę do domu naszego wybawcy. Jedziemy więc do domku na obrzeżach jakiejś wioski i siadamy przy kawce (jestem kawowym nałogowcem, więc to dla mnie drugi cud tego dnia). Pan pokazuje nam swoją hodowlę królików i przedstawia swoich synów. Po niezbyt klejącej się pogawędce (pan mówi po angielsku mniej-więcej tak jak my po arabsku) dziękujemy za pomoc i za gościnność, wciskamy panu flaszkę z wolnocłowego i ruszamy w kierunku Dżeraszu.



W Jerashu zatrzymujemy się na darmowym parkingu tuż przy moście łączącym starożytną część miasta ze współczesną.

Wstęp do Jerashu kosztuje chyba w granicach 5 JOD, ale mamy go w Jordan Pass. Dżerasz jest ponoć jednym z lepiej zachowanych rzymskich miast. Robi na nas naprawdę duże wrażenie - chwilami czuję się jak w Forum Romanum w Rzymie. Znajdziecie tu między innymi świątynie Zeusa i Artemidy, dwa amfiteatry, piękną fontannę (nimfeum), owalne forum, hipodrom i kilka ruin chrześcijańskich świątyń. Jeśli znajdziecie czas, gorąco polecam wycieczkę w to miejsce.


Stoisko z lokalnymi pamiątkami:


 












Po obejrzeniu starożytnego miasta przechodzimy do jego współczesnej części w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Natrafiamy na bardzo lokalną knajpkę, w której siedzą sami miejscowi. Serwują tu jedno danie: hummus. Dostajemy dwa różne jego rodzaje podane z oliwą i ciapatym chlebkiem. Jeden z gości dodatkowo częstuje nas własnym chlebem. Płacimy coś w granicach 1,5 JOD za porcję. Najedliśmy się naprawdę porządnie. Lokalna kuchnia jest zawsze najlepsza :)

Będąc jeszcze w knajpce pożyczam od jakiegoś lokalsa komórkę, żeby zadzwonić do Sudkiego. Umawiamy się za dwie godziny w Ammanie. Ruszamy więc w drogę. Jeżdżenie autem po Ammanie to doświadczenie samo w sobie. Jak to u Arabów - na drodze rządzi prawo dżungli. Wszyscy się wpychają, trąbią, tworzą tyle pasów ruchu, ile im się akurat podoba, mając w poważaniu logikę i wszelkie przepisy. Ale o dziwo w tym chaosie wypadki zdarzają się stosunkowo rzadko - chyba kierowcy wiedzą, że mogą się spodziewać absolutnie wszystkiego, więc mają oczy dookoła głowy. I pomimo tej na pozór agresywnej jazdy i wszechobecnych korków (które zaczęły się już 12 km od centrum miasta) nikt tam się nie denerwuje. Dodatkową ciekawostką drogową są wszechobecne (w całym kraju) "hopki", czyli leżące policjanty. Najczęściej w kolorze asfaltu i bez znaków ostrzegawczych (w co sprytniejszych wioskach poukładali przy drodze beczki w miejscach obok takich hopków). Nieuważnych czeka krótka, acz brzemienna w skutkach podniebna podróż.
Gdy docieramy pod cytadelę, pożyczam telefon od jakiegoś taksówkarza. Niestety Sudki nie odbiera. Czekamy dłuższą chwilę i gdy mija już umówiona godzina decydujemy, że nie czekamy dalej i idziemy zwiedzać cytadelę.
Sama cytadela nie jest zbyt okazała (kupa kamieni), ale za to jest z niej świetny widok na miasto, zbudowane z domków wyglądających jak z klocków lego. A upchanych tak gęsto i ciasno, że te korki na drogach absolutnie nie powinny dziwić.


Pan król:


Jest stolyca, są i wieżowce ;)





Jaszczurka :)

Widok na centrum. Ze względu na te dzikie korki ograniczamy się do zwiedzenia stolicy "z góry", bo powoli zaczynamy marzyć o powrocie do mniej intensywnej zabudowy ;)

Po drodze mijamy Madabę, która słynie głównie z mozaiki z mapą Ziemi Świętej w greckiej cerkwi św. Jerzego (Church of the Martyrs ) - wstep 1 JOD. Akurat trafiamy na chrzest dzieciaków :)




Na Górę Nebo dojeżdżamy zbyt późno żeby na nią wejść (teren jest ogrodzony a wstęp jest płatny), ale zaraz za górą jest fajny punkt widokowy, z którego pewnie widać to samo co ze szczytu:


Po zjechaniu z gór docieramy nad Morze Martwe. Co chwilę mijamy jakieś checkpointy i kontrole. Na północy jest strefa hotelowa i prywatna plaża Amman Beach, do której dzienny wstęp kosztuje 20 JOD. Podobno gdzieś w pobliżu jest publiczna plaża za 12 JOD. No nie jest to Izrael, gdzie na każdym kroku były darmowe publiczne plaże z prysznicami. Prysznic jest tu kluczowy, bo po kąpieli w Morzu Martwym wygląda i czuje się jak beczka soli. W miarę przemieszczania się na południe krajobraz staje się coraz bardziej surowy i kamienny. Znajdujemy miejsce, gdzie kąpią się miejscowi (w pobliżu jest jakieś źródło, więc pewnie stamtąd biorą wodę), ale zostawiamy to do przemyślenia na jutro. Zawsze można rano wykąpać się na dziko, a potem spłukać się w soli w wodzie z kanionu.



Powoli kończy nam się paliwo, więc postanawiamy spać przy kanionie Wadi Mujib, do którego jutro chcemy iść. Po drugiej stronie ulicy jest droga, która prowadzi nas pod most na kanionie. Nie jest to na pierwszy rzut oka wymarzona miejscówa, ale nie było tu dużego pola wyboru. Gdy jednak wieczorem idziemy pić nad tamę (albo inne betonowe coś) zaczyna mi się nawet podobać :) 

sobota, 11 kwietnia 2015

IZRAEL 2015 - dzień 10

czwartek, 26 marca 2015

Morze Martwe -> Hai-Bar Yotvata -> Eilat nad Morzem Czerwonym

Budzi mnie brzask. Otwieram oczy i kilka sekund później zza gór nieśmiało zaczyna wyglądać słońce. Budzę Adasza (pozostali śpią w samochodzie) żeby zrobił zdjęcia i patrzę urzeczona. Nigdy wcześniej nie udało mi się obudzić tak idealnie na wschód słońca. Postanawiam sobie już do końca wyjazdu spać pod gołym niebem.

fot. Adasz:





Dobrze się składa, że wstaliśmy tak wcześnie, bo mamy dziś spory kawałek do przejechania. Naszym celem jest Eilat nad Morzem Czerwonym. Ponoć w dzień jest tam 35 stopni. Ruszamy zaraz po śniadaniu. Dobrze, że zdecydowaliśmy się jechać w dzień, bo dzięki temu możemy pooglądać przepiękne krajobrazy zza okna.
To właśnie parę ujęć pustyni Negew:







Około 20 kilometrów przed Eilatem znajduje się rezerwat Hai Bar, w którym Izraelczycy podejmują próbę zasiedlenia kraju biblijnymi gatunkami zwierząt. Kupują je w różnych miejscach na świecie, potem  są one w rezerwacie przygotowywane do życia na wolności a następnie wypuszczane.
Zwiedzanie parku podzielone jest na dwie części: pieszą, którą stanowi mini-zoo z różnymi ciekawymi okazami jak nietoperze (cudne skrzydlate myszaki!), sowy, sępy (chyba), fenki, węże, żółwie, gepardy (chyba), wilki i różne inne, oraz samochodową, czyli safari po pustyni wśród antylop (albo czegoś podobnego), strusi i pasiastych osiołków. Fantastyczne!












Z Hai Bar jedziemy już prosto do Eilatu. Linia brzegowa Izraela wynosi zaledwie 11 kilometrów, przejeżdżamy więc od granicy jordańskiej do egipskiej. Najpierw jedziemy na granicę jordańską, gdzie, zgodnie z radą zapoznanego masażysty, jest dobre miejsce noclegowe. Rzeczywiście, miejscówka pierwsza klasa. Fajna, duża plaża na odludziu. Tego nam właśnie trzeba.






Przejeżdżając przez Eilat, wstępujemy do delfinarium i do podwodnego obserwatorium sprawdzić ceny. Drogo. Delfinarium kosztuje coś około 50-60 szekli a obserwatorium stówę + 35 szekli za 20-minutowy rejs statkiem z oknami w podłodze. Postanawiamy rozważyć to jutro a tymczasem udać się na jedną z prywatnych plaż. Opłata jest tylko za leżaki. Rozkładamy się na kocu. Nikt nie chce od nas żadnych opłat. Plaża jest bardzo ładna, pełna ukwieconych palm. Morze Czerwone jest piękne - takie lazurowe. Dno jest kamieniste i widać sporo jeżowców, warto mieć buty do wody. Mi się nie chciało wracać do auta po buty, kąpałam się więc boso, starając się nie dotykać nogami podłoża. Lenistwo się na mnie zemściło, bo jednak nie udało mi się ominąć bliskiego spotkania z jeżowcem. Będąc w wodzie w ogóle nie czułam, że w niego wdepnęłam. Dopiero po zachodzie słońca, gdy wstałam z koca poczułam ból w pięcie. Ze zdziwieniem zauważyłam, że mam w niej całkiem sporą dziurę (mam ją do dziś). Na szczęście bez żadnych jeżowców w środku (słyszalam, że bardzo trudno się je wyciąga). Nic to, będę twarda ;)





Po zachodzie jedziemy do marketów. Znajdujemy bardzo fajny sklep spożywczy, gdzie w końcu udaje mi się kupić wino w rozsądnej cenie. Próbuję też lokalnych serów. Bardzo dobre. Doliczają nam też jakiś rabat do pieczywa. Postanawiamy tu wrócić przed wyjazdem.
Nad Morzem Czerwonym śpimy w konfiguracji jak nad Morzem Martwym: dwóch na plaży pod gołym niebem i dwóch w samochodzie. Takie spanie to, mimo zimna, coś najlepszego na świecie. Nie zamieniłabym tego na żaden hotel.




fot. Adasz: