wtorek, 24 października 2017
Kandy -> Nuwara Elija
Wczesnym rankiem opuszczamy nasz piękny hotelik i idziemy na dworzec, z którego wyruszymy na szlak pól herbacianych.
Ku naszej rozpaczy na peron nadciągają ciągle to nowi biali (i skośni). Wiemy, że cieszą się one dużym zainteresowaniem wśród turystów, ale nie podejrzewałyśmy, że aż takim. Co tu się musi w sezonie dziać. Mamy nadzieję, że część z nich pojedzie w jakiś lepszych klasach. Przed samym przyjazdem pociągu podsłuchujemy rozmowę,z której dowiadujemy się, ze drzwi pociągu otwierają się po obu stronach. Przechodzimy więc na drugą stronę, zyskując w ten sposób pewną przewagę. Koniec końców udaje nam się zająć miejsca. Nie są przy oknie, ale przynajmniej siedzimy.
Najlepszym miejscem do siedzenia są schody (nie bójcie się, nic Wam nie urwie, choć na początku jest trochę dziwnie), ale też trudno się do nich dopchać. To właśnie ze schodków można zrobić takie fajne zdjęcie pociągu jak to poniżej.
Trasa jest naprawdę bardzo widokowa. Mijamy lasy, wioski i wszechobecne tu pola herbaty.
Jeśli wybieramy się do Nuwara Elija to trzeba wysiąść w miejscowości Nanu Oya. Na dworcu od razu zaatakują nas tuk-tukarze, busiarze i inni przewodnicy. Nie dajcie się. My popytałyśmy ludzi (w międzyczasie wysyłając pocztówki na uroczej wiejskiej poczcie), gdzie trzeba stanąć żeby zatrzymać autobus, i tym sposobem za parę groszy dotarłyśmy do miasta. Od razu napadł nas jakiś lokals z ofertą spania za 1500 rupii i zorganizowania nam wycieczki do fabryki herbaty i wodospadu za 1000. Cena obejmowała bilety autobusowe, tuk-tuka i nawet jakiś obiad. W sumie dlaczego by nie. Przyjmujemy ofertę.
Po zostawieniu rzeczy w domu naszego przewodnika (w takim blaszaku, w którym dwa pokoje wynajmuje, a w trzecim sam mieszka) jedziemy autobusem do niewielkiej fabryki herbaty Blue Field. Sympatyczna dziewczyna opowiada nam o procesie produkcji, pokazuje nam te wszystkie maszyny, wyjaśnia różnice pomiędzy poszczególnymi rodzajami herbat. Naprawdę ciekawa wycieczka. I to nie dość, że zupełnie darmowa, to jeszcze częstują nas zieloną herbatką. Na miejscu można kupić sobie te herbaty. To jest zresztą pewnie głównym celem całej tej szopki. Ceny są znośne, więc zaopatrujemy się w niewielki zapas.
Po zwiedzaniu nasz przewodnik zaprasza nas do lokalnej restauracji na świeżym powietrzu. Babuszki przygotują wszystko na bieżąco. Próbujemy trochę makaronu i placków ryżowych. Bardzo smaczne. Kocham azjatycką kuchnię!
Po obiedzie idziemy pieszo do hotelu, z którego rozciąga się piękny widok na pobliski wodospad. Powoli zaczyna robić się ciemno, więc wracamy do Nuwara Eliya.
Będąc już w mieście zapraszamy naszego przewodnika na kolację do restauracji, którą sam zarekomenduje. Na szczęście nie wybrał najdroższej. Zamawiam kotthu z kurczakiem, które byłoby niebem w gębie, gdyby kurczak nie był siekany razem z kościami. Trzeba więc było uważać na każdego gryza niczym na ości w rybie. Porcja kotthu kosztowała 270 rupii.
To właśnie nasz przewodnik i gospodarz:
Wieczorem siedzimy sobie jeszcze razem przy ziołowych herbatkach i rozmawiamy. Pan opowiada nam o swoim życiu i podróżach, pokazuje stare zdjęcia. Chce nam sprzedać ajurwedyjski masaż za jakieś dzikie pieniądze. Albo chociaż olejki do tego masażu. Koniec końców proponuje mi masaż w zamian za napisanie pozytywnej recenzji w swoim zeszyciku (mam napisać, że dużo za ten masaż zapłaciłam). Niestety w porównaniu z tymi gościami z Polonnaruwy umiejętności masażowe naszego pana wypadają raczej blado. W dodatku w pewnym momencie pada propozycja, czy może nie chciałabym żeby pan pomasował mnie "od środka" i pokazał mi "how good Sri Lanka is". Nosz ciuu! Uprzejmie odrzucam propozycję, tłumacząc, że mam mężczyznę, którego bardzo kocham i nie zamierzam zdradzać i że rozumiem, że musiał spróbować, ale - do cholery - to, że ktoś jest biały nie oznacza, że będzie sypiał z kim popadnie. Na dalszy masaż też już tracę ochotę, więc rozmawiamy jeszcze przez chwilę, po czym zamykamy się z Karoliną na cztery spusty. Recenzję napisałam - umowa to umowa.
Kochane - płaćcie za masaż. Błagam Was, płaćcie.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kandy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kandy. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 31 października 2017
SRI LANKA 2017 - DZIEŃ 2
poniedziałek, 23 października 2017
Kandy -> Polonnaruwa -> Kandy
Z naszych planów pójścia na poranną Pudżę wyszło z tyle, ile z zeszłorocznego wschodu Słońca znad Annapurny. Wstajemy o wiele za późno, zbieramy się i ledwo żywe (kurde, co jest z tym klimatem?) schodzimy w stronę miasta. Świątynia zęba Buddy, do której idziemy, leży na brzegu jeziora Bogambara. Okolica jest tak przyjemna, że postanawiamy iść pieszo.
To widok z tarasu naszego domku:
A to nasz domek:
Dzięki temu, że sezon się jeszcze nie rozpoczął, większość tego typu obiektów świeci pustkami. Często zresztą tłumaczono nam, gdy chciałyśmy coś targować, że w sezonie, czyli za około dwa tygodnie, ceny będą dwa razy wyższe. Wygląda na to, że termin jednak nie był taki zły. Pogoda jest fajna, ceny niższe i na pewno mniej tłoczno niż w pełni sezonu.
Jak na 23 złote na osobę to pokoik był całkiem sympatyczny:
Tuk-tuk właściciela naszego spania. Swoją drogą, bardzo sympatycznego gościa, gotowego organizować nam wypady jakie tylko zapragniemy. Generalnie na każdym kroku widać, że ci ludzie żyją z turystyki, bo praktycznie każdy kierowca tuk-tuka czy właściciel guesthousa ma w swojej ofercie szeroką gamę własnej organizacji wycieczek, do których usilnie próbuje Cię namówić. Ceny są do przeżycia, więc jeśli nie chcę Wam się samemu ogarniać to warto to rozważyć.
Wstęp do świątyni zęba (Sri Dalada Maligawa) kosztuje 1500 rupii. No tak, biały to przecież chodzący milion dolców. Tutaj tych spraw dość dobrze pilnują i nie da się za bardzo przemknąć bez kupowania biletu. No nic, bulimy i idziemy.
Sam ząb jest dostępny tylko dla najwyższych buddyjskich dostojników. Na co dzień jest głęboko schowany, a wyciągają go tylko na specjalne kościelne okazje. W środku panuje uroczysta atmosfera, ludzie składają kwiaty, a potem siadają i zagłębiają się w medytacji. Siedzimy i obserwujemy ich przez chwilę.
Przy świątyni jest też muzeum buddyzmu, przedstawiający Buddę z różnych krajów. Chętnie spędziłybyśmy tam więcej czasu, ale chcemy zdążyć do Polonnaruwy.
Kusi nas górujący nad miastem posąg Buddy (świątynia Bahirawakanda Sri Maha Bodhi), więc bierzemy tuk-tuka (500 rupii) i jedziemy na szczyt. Wstęp kosztuje 250 rupii. Warto, budda prezentuje się naprawdę okazale. Z tyłu posągu są schody, ale - ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu - kończą się gdzieś na wysokości szyi Buddy. Gdyby pozwolić turystom wchodzić na sam szczyt byłaby to chyba obraza uczuć religijnych, gdyż wyznawcy Buddyzmu wierzą, że w głowie człowieka jest jego dusza. Trochę tak głupio byłoby chodzić Buddzie po duszy.
Autobus do Polonnaruwy kosztuje nas 185 rupii za osobę i jedzie chyba ze cztery godziny. Coraz czarniej widzę możliwość zdążenia zwiedzenia ruin, nie mówiąc już o świętej górze Sigiriya (w pobliżu jest bliźniacza a dużo tańsza Pidurangala, z której podobno też Sigiriyę dobrze widać) czy złotej świątyni w Danbulli.
Bilet do Polonnaruwy kosztuje 25 dolarów. Zastanawiam się, czy w ogóle warto tam o tej porze iść, bo to wielki obszar, a bilet jest ważny tylko na dany dzień. No ale co, czekać do jutra i stracić dzień?
Problem rozwiązali nam tuk-tukarze, którzy napadli nas zaraz jak tylko wsiadłyśmy z autobusu. Zaproponowali, że za 6000 rupii zorganizują nam zwiedzanie bez biletów, bo znają jakieś dzikie przejścia. Sześć tysi to jakieś 40 dolarów. Oszczędzamy po piątce i jeszcze dodatkowo nie płacimy za tuk-tuka. Nie mamy lepszego pomysłu, więc się zgadzamy. Nie wyszło to źle, ale teraz zrobiłybyśmy to trochę inaczej. Wybrałybyśmy punkty, które najbardziej nas interesują (Internet jest pełen mapek Polonnaruwy i porad, co tam jest najfajniejsze) i według tej listy kazałybyśmy jeździć kierowcy - nawet, gdyby wymagało to zakupu normalnego biletu i wyższej ceny tuk-tuka. Zamiast tuk-tuka można wynająć rower (podobno kosztuje 300 rupii). No bo tak to było całkiem śmiesznie, ale mam wrażenie, że parę fajnych rzeczy nam umknęło.
Nasz kierowca to bardzo sympatyczny koleś, który wozi nas w miejsca, gdzie ma przekupionych strażników i w miejsca, gdzie można przejść na dziko przez jakieś krzaki. Zaliczamy jeden przypał, gdy zwracamy na siebie uwagę strażnika niewłaściwym ubiorem w świątyni (nie miałyśmy zakrytych ramion - nie wpadłyśmy na to, że ta kupa kamieni to miejsce kultu) i jedną spektakularną ucieczkę tuk-tukiem, gdy nasz kierowca zostaje zauważony w miejscu, gdzie już go znają. Widziałyśmy może nieco mniej ruin niż normalni turyści, ale za to miałyśmy okazję podglądać małpy, warana i owocożerne nietoperze.
Nietoperki:
Waran:
Wszechobecne małpy:
Ten gatunek jest bardzo spokojny, nie atakuje ani nie zaczepia, tylko siedzi i się patrzy, ewentualnie zajmuje sobą i innymi małpiakami.

W pobliżu jednego z dzikich przejść do zabytków:

Wycieczkę kończymy akurat tak, żeby zdążyć na wieczorny autobus do Kandy. No trudno, trzeba olać święte góry, jeśli chcemy wyruszyć jutro na pola herbaty.
Dziś za 2000 rupii mamy jeszcze lepszy pokój. Znalazłyśmy sposób na zabicie karalucha: wystarczy go obrócić do góry nogami. Nasz dzisiejszy przyjaciel sam się przewrócił i tak się bujał całą noc na pancerzyku, dyndając nóżkami. Rano już nie dyndał. Nie pomogłyśmy. Pójdziemy do buddyjskiego piekła.
Kandy -> Polonnaruwa -> Kandy
Z naszych planów pójścia na poranną Pudżę wyszło z tyle, ile z zeszłorocznego wschodu Słońca znad Annapurny. Wstajemy o wiele za późno, zbieramy się i ledwo żywe (kurde, co jest z tym klimatem?) schodzimy w stronę miasta. Świątynia zęba Buddy, do której idziemy, leży na brzegu jeziora Bogambara. Okolica jest tak przyjemna, że postanawiamy iść pieszo.
To widok z tarasu naszego domku:
A to nasz domek:
Dzięki temu, że sezon się jeszcze nie rozpoczął, większość tego typu obiektów świeci pustkami. Często zresztą tłumaczono nam, gdy chciałyśmy coś targować, że w sezonie, czyli za około dwa tygodnie, ceny będą dwa razy wyższe. Wygląda na to, że termin jednak nie był taki zły. Pogoda jest fajna, ceny niższe i na pewno mniej tłoczno niż w pełni sezonu.
Jak na 23 złote na osobę to pokoik był całkiem sympatyczny:
Tuk-tuk właściciela naszego spania. Swoją drogą, bardzo sympatycznego gościa, gotowego organizować nam wypady jakie tylko zapragniemy. Generalnie na każdym kroku widać, że ci ludzie żyją z turystyki, bo praktycznie każdy kierowca tuk-tuka czy właściciel guesthousa ma w swojej ofercie szeroką gamę własnej organizacji wycieczek, do których usilnie próbuje Cię namówić. Ceny są do przeżycia, więc jeśli nie chcę Wam się samemu ogarniać to warto to rozważyć.
Wstęp do świątyni zęba (Sri Dalada Maligawa) kosztuje 1500 rupii. No tak, biały to przecież chodzący milion dolców. Tutaj tych spraw dość dobrze pilnują i nie da się za bardzo przemknąć bez kupowania biletu. No nic, bulimy i idziemy.
Sam ząb jest dostępny tylko dla najwyższych buddyjskich dostojników. Na co dzień jest głęboko schowany, a wyciągają go tylko na specjalne kościelne okazje. W środku panuje uroczysta atmosfera, ludzie składają kwiaty, a potem siadają i zagłębiają się w medytacji. Siedzimy i obserwujemy ich przez chwilę.
Przy świątyni jest też muzeum buddyzmu, przedstawiający Buddę z różnych krajów. Chętnie spędziłybyśmy tam więcej czasu, ale chcemy zdążyć do Polonnaruwy.
Kusi nas górujący nad miastem posąg Buddy (świątynia Bahirawakanda Sri Maha Bodhi), więc bierzemy tuk-tuka (500 rupii) i jedziemy na szczyt. Wstęp kosztuje 250 rupii. Warto, budda prezentuje się naprawdę okazale. Z tyłu posągu są schody, ale - ku naszemu wielkiemu rozczarowaniu - kończą się gdzieś na wysokości szyi Buddy. Gdyby pozwolić turystom wchodzić na sam szczyt byłaby to chyba obraza uczuć religijnych, gdyż wyznawcy Buddyzmu wierzą, że w głowie człowieka jest jego dusza. Trochę tak głupio byłoby chodzić Buddzie po duszy.
Autobus do Polonnaruwy kosztuje nas 185 rupii za osobę i jedzie chyba ze cztery godziny. Coraz czarniej widzę możliwość zdążenia zwiedzenia ruin, nie mówiąc już o świętej górze Sigiriya (w pobliżu jest bliźniacza a dużo tańsza Pidurangala, z której podobno też Sigiriyę dobrze widać) czy złotej świątyni w Danbulli.
Bilet do Polonnaruwy kosztuje 25 dolarów. Zastanawiam się, czy w ogóle warto tam o tej porze iść, bo to wielki obszar, a bilet jest ważny tylko na dany dzień. No ale co, czekać do jutra i stracić dzień?
Problem rozwiązali nam tuk-tukarze, którzy napadli nas zaraz jak tylko wsiadłyśmy z autobusu. Zaproponowali, że za 6000 rupii zorganizują nam zwiedzanie bez biletów, bo znają jakieś dzikie przejścia. Sześć tysi to jakieś 40 dolarów. Oszczędzamy po piątce i jeszcze dodatkowo nie płacimy za tuk-tuka. Nie mamy lepszego pomysłu, więc się zgadzamy. Nie wyszło to źle, ale teraz zrobiłybyśmy to trochę inaczej. Wybrałybyśmy punkty, które najbardziej nas interesują (Internet jest pełen mapek Polonnaruwy i porad, co tam jest najfajniejsze) i według tej listy kazałybyśmy jeździć kierowcy - nawet, gdyby wymagało to zakupu normalnego biletu i wyższej ceny tuk-tuka. Zamiast tuk-tuka można wynająć rower (podobno kosztuje 300 rupii). No bo tak to było całkiem śmiesznie, ale mam wrażenie, że parę fajnych rzeczy nam umknęło.
Nasz kierowca to bardzo sympatyczny koleś, który wozi nas w miejsca, gdzie ma przekupionych strażników i w miejsca, gdzie można przejść na dziko przez jakieś krzaki. Zaliczamy jeden przypał, gdy zwracamy na siebie uwagę strażnika niewłaściwym ubiorem w świątyni (nie miałyśmy zakrytych ramion - nie wpadłyśmy na to, że ta kupa kamieni to miejsce kultu) i jedną spektakularną ucieczkę tuk-tukiem, gdy nasz kierowca zostaje zauważony w miejscu, gdzie już go znają. Widziałyśmy może nieco mniej ruin niż normalni turyści, ale za to miałyśmy okazję podglądać małpy, warana i owocożerne nietoperze.
Nietoperki:
Waran:
Wszechobecne małpy:
Ten gatunek jest bardzo spokojny, nie atakuje ani nie zaczepia, tylko siedzi i się patrzy, ewentualnie zajmuje sobą i innymi małpiakami.
W pobliżu jednego z dzikich przejść do zabytków:
Wycieczkę kończymy akurat tak, żeby zdążyć na wieczorny autobus do Kandy. No trudno, trzeba olać święte góry, jeśli chcemy wyruszyć jutro na pola herbaty.
Dziś za 2000 rupii mamy jeszcze lepszy pokój. Znalazłyśmy sposób na zabicie karalucha: wystarczy go obrócić do góry nogami. Nasz dzisiejszy przyjaciel sam się przewrócił i tak się bujał całą noc na pancerzyku, dyndając nóżkami. Rano już nie dyndał. Nie pomogłyśmy. Pójdziemy do buddyjskiego piekła.
Subskrybuj:
Posty (Atom)