środa, 6 lipca 2016

AZERBEJDŻAN 2016 - dzień 5

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Baku -> słone jezioro Masazir -> pasiaste góry Candy Cane -> Lahic -> Nic


Budzę się jak nowo narodzona. Lotnisko to zdecydowanie jest miejsce, w którym w Azerbejdżanie spało mi się najlepiej. Dawid chyba nie podziela mojej opinii ;)
Idziemy do stanowiska Hertza i wynajmujemy sobie auto na dwa dni. Kosztuje to bardzo drogo, bo 65 dolarów dziennie + 15 dolarów dziennie za ubezpieczenie wkładu własnego (pełne było za 30 dolarów, a to wykupione przeze mnie zmniejszało depozyt z 500 do 150 dolarów - w miastach na drogach jest dość dziko, więc wolałam nie ryzykować), ale trochę się boję korzystać z lokalnej wypożyczalni. Jednak Hertz to Hertz. Najgorsze jest to, że mamy limit dzienny 300 km a za każdy dodatkowy kilometr płacimy 25 centów. Dobrze wiemy, że nie ma najmniejszych szans, żebyśmy się zmieścili w tym limicie.

Najpierw kierujemy się do słonego jeziora Masazir. Najpierw trzeba jechać autostradą M1 w kierunku Sumgait, a następnie odbić w ulicę Aliagha Vahid (polecam ściągnięcie przed wyjazdem map offline - ja mam Maps.me, Navigatora i Sygica - wszystkie w wersji darmowej). Po drodze zatrzymaliśmy się w bardzo fajnie wyposażonym supermarkecie. W końcu możemy kupić coś made in Azerbaijan :)
Jeziorko to teren zupełnie dziki. Zamiast infrastruktury turystycznej widzimy wysokie metalowe ogrodzenie a za nim wysypisko śmieci. Na szczęście udaje nam się dojechać do nieogrodzonego miejsca (skręciliśmy "na czuja", zaparkowaliśmy między domkami i poszliśmy dalej na nogach), skąd mamy piękny widok na różowe jeziorko (naprawdę jest bardzo słone). Ciekawe, czy woda unosi tak samo jak w Morzu Martwym.









Kolejnym miejscem, które dziś zwiedzamy, są Góry Cukierkowe (Candy Cane Mountains). Dojedziemy tam autostradą M1 w kierunku Guby (w sumie mogliśmy wynająć to auto wcześniej i jechać nim do Xinaliq, wtedy mielibyśmy Góry Cukierkowe po drodze). W wiosce Gilezi trzeba skręcić w stronę Alti Aghach (ponoć tamtejszy park narodowy jest średni w porównaniu z tymi górami). Po około 15 kilometrach (może + 1-2 km) po prawej stronie zobaczycie coraz bardziej wyraźne rude paski.
Zatrzymuję auto na poboczu i jak zahipnotyzowana idę do góry. Czegoś takiego jeszcze nigdy w życiu nie widziałam. Niesamowite, naprawdę niesamowite.











W wyższych partiach gór znajdujemy leżące "coś". Coś jakby podłużny, wyostrzony kamień o gładkich obrysach. Było tam tego naprawdę dużo. Meteoryty? Jesteśmy bogaci? Dawidowi przypomina się, że gdzieś słyszał o kamieniach piorunowych, czyli zastygniętych w skale piorunach. Bierzemy sobie na pamiątkę kilka tych "piorunków", mam nadzieję, że nas nie aresztują na granicy :)
Pisząc ten wpis wygooglowałam chyba, co naprawdę znaleźliśmy. To belemnity (link), czyli skamieniałe głowonogi, często błędnie uważane (link) właśnie za kamienie piorunowe. Jednak podróże kształcą (pamiętacie jeszcze, jak w Izraelu poznałam góralki syryjskie? ;) )












Góry są naprawdę piękne, mogłabym po nich łazić w nieskończoność. Niestety mamy na dziś jeszcze sporo do zrobienia, ruszamy więc w drogę powrotną do Sumgait i stamtąd w stronę Sheki, tak daleko jak długość dnia i zmęczenie nam pozwoli.





Po drodze niespodziewanie wyrasta przed nami drogowskaz do miejscowości Lahic. Czytałam o tej wiosce, ale nie przypuszczałam, że uda nam się tu dotrzeć. W obliczu tak korzystnego układu zdarzeń nie mogliśmy tam nie skręcić. Przypomina mi się opis trasy z przewodnika, z którego wynikało, że trzeba się przeprawić przez wąską szutrową drogę, która przebiega wzdłuż stromego wąwozu i że to generalnie jest jakiś mega hardkor. Już mi się to podoba :D
Na samym początku wąwozu, kilka kilometrów przed wioską, widzimy most łańcuchowy. Zatrzymujemy auto i idziemy. Stoją tu panowie bileterzy (wstęp za 1 manata). Przy okazji kupujemy zioła na czaj. Pachną cudowną letnią łąką. Gdyby nie limit bagażu, zabrałabym ich cały plecak :)



Udaje mi się przejść całą drogę "bez trzymanki". Most kiwa się przy każdym postawionym kroku. Mam ochotę trochę poskakać albo się pobujać ;)



Po drugiej stronie mostku jest jakaś wydeptana ścieżka. Idziemy nią kawałek, ale nie wiemy, gdzie prowadzi, a nie uśmiecha nam się zostawać po ciemku na środku niczego (no i co jeśli zamkną most? ;)), wracamy więc i jedziemy dalej.

Łada zawsze w modzie :)

Panowie zatrzymali nas na trasie do Lachic i poprosili o wspólne zdjęcie.


A to właśnie droga przez kanion. Bardzo, bardzo widokowa. Warto poświęcić czas żeby tu dotrzeć, choć spodziewałam się większego hardkoru.







Gdy dojeżdżamy do Lahic już zmierzcha. Przechadzamy się uroczymi brukowanymi uliczkami, kupujemy pamiątki, oddychamy cudownym świeżym górskim powietrzem. Zastanawiamy się przez chwilę, czy nie przenocować na bardzo klimatycznym campingu, ale jesteśmy jeszcze dość daleko od Szeki, dobrze byłoby więc znaleźć jakiś lepszy punkt wypadowy na jutro.







Nocujemy w pobliżu miejscowości Nic (a podobno w Azerbejdżanie nic nie ma :P). Chcieliśmy w domku, ale zakwaterowano nas w pokoju hotelowym. Cholera, znowu hotel. Płacimy 15 manatów za osobę (początkowo chcieli 25, ale w ostatniej chwili pan podbiegł do naszego odjeżdżającego auta i zaproponował nową cenę). Nikt nie mówi po angielsku, ale obsługa jest bardzo miła. Dostaliśmy czekoladę i talerz owoców do kupionego przez nas czerwonego wina (bardzo dobre - wytrawne ale nie cierpkie, dokładnie w moim typie) i tak sobie siedzieliśmy na ogródku i popijaliśmy, ciesząc się byciem w Azerbejdżanie. Dobrze, że że chociaż do tej części kraju udało nam się dotrzeć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz