piątek, 6 listopada 2015
Koh Rong -> Sihanoukville -> Phnom Penh
Wcześnie rano budzą mnie uderzające o dach krople deszczu. Tragedia! W końcu mamy dzień przeznaczony na całodzienne plażowanie, a tu pada. No i co tu robić? Jestem dziko głodna, a wszyscy jeszcze śpią, idę więc na "pierwsze" śniadanie i na mały spacer korzystając z chwilowej przerwie w opadach. Gdy wstali moi towarzysze, idziemy na naleśniki. W restauracji, którą wybraliśmy, normalnie mieszkają ludzie. Obok stolika, przy którym siedzimy, jest łóżko na którym leżą sobie w piżamach ludzie. Ta strefa "mieszkalna" jest niczym nie oddzielona od części restauracyjnej, a sami mieszkańcy wydają się, jakby w ogóle nie obchodziły ich pełne zainteresowania spojrzenia turystów. Czujemy się trochę dziwnie tak na nich patrząc...
Jedna z cudownych kambodżańskich mrożonych kaw (ta widoczna na zdjęciu jako jedna z nielicznych nie słodzona mleczkiem w tubce):
A to właśnie "część mieszkalna" naszej restauracji:
Nasz hostel:
Po śniadaniu pomimo deszczu idziemy na spacer wzdłuż wybrzeża. Gdy opady się wzmagają, przeczekujemy w Sky Barze znajdującym się na wzniesieniu, z którego rozciąga się piękna panorama na okolicę.
Gdy wracamy do hostelu okazuje się, że nasza grupa zdążyła już w międzyczasie opróżnić butelkę wina :) Mamy jeszcze trochę czasu, rozkładamy się więc na kanapach i leżakujemy. Część naszych osób zostaje na wyspie jeden dzień dłużej, więc wracamy tylko w 7 osób. Z powrotem w Sihanoukville jesteśmy około 17-tej.
Tak wygląda wybrzeże Sihanoukville późnym popołudniem:
Prosto z przystani tuk-tuki (darmowe, załatwione przez obsługę przystani) podwożą nas do autobusu, który ma nas zawieźć do Phnom Penh (bilet kosztował 10 dolarów - mieliśmy jechać innym po 7, ale nie zdążyliśmy). Pakujemy plecaki do luku bagażowego i chcemy wsiadać. Pan kierowca wręcza mi reklamówkę i mówi, że mam zdjąć buty. Rzucam mu zdziwione spojrzenie, no ale dobra, może tu są takie zwyczaje, że jeździ się boso. Wsiadam i nie wierzę własnym oczom: w autobusie zamiast siedzeń są piętrowe łóżka: z prawej strony pojedyncze a z lewej podwójne. Mamy "na wyposażeniu" różowe kocyki z kotkami i poduszki. Cudownie :D Podróż tym "leżącym autobusem" jest tak egzotyczna, że z ogromnym żalem wysiadamy w stolicy. Mogłabym tak spędzać każdą noc :)
Do hostelu (tego samego, w którym już raz w Phnom Penh spaliśmy) idziemy na piechotę. Gdy docieramy na miejsce orientuję się, że brakuje mi śpiwora, który miałam przytroczony do plecaka. Miałam dziś przeczucie, że go zgubię. No nic, idziemy przejść się tą samą trasą zobaczyć, czy gdzieś nie leży. Sam śpiwór kosztował jakieś grosze, ale trochę szkoda mi moskitiery i ręcznika z mikrofibry, które też miałam w tym worku. Gdy tylko schodzimy na dół koleżanka zauważa parę metrów dalej gościa, który oddala się, wymachując czymś, co wygląda jak śpiwór. Lecę więc za nim i odbieram zszokowanemu kolesiowi mój pakunek. Był tak zaskoczony, że nawet nie zaprotestował. Co za fuks ;) Skoro nie musimy już nigdzie iść to idziemy na piwo, a potem spać, bo już środek nocy. Jutro nasz ostatni pełny dzień w Kambodży. Szkoda.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sihanoukville. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sihanoukville. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 30 listopada 2015
KAMBODŻA 2015 - dzień 12
czwartek, 5 listopada 2015
Sihanoukville -> Koh Rong
Dziś płyniemy na wyspę Koh Rong, gdzie zamierzamy zostać do jutra. Nasz prom (który kosztował chyba 28 dolarów w obie strony) odpływa o 11:00. Rano wstaję dość wcześnie (nasz pokój nie ma okien, więc trudno mi uwierzyć, że to już nowy dzień) i idę przespacerować się wzdłuż morza. Gdy wracam, część osób już wstała, idziemy więc na śniadanie. Zamawiam sałatkę owocową i naleśnika z bananem. O ile sałatkę dostaję w miarę szybko, o tyle na resztę zamówionych rzeczy czekamy i czekamy. Po godzinie oczekiwania (czyli około 10:30) nasi towarzysze (którzy mają nasze bilety) piszą nam SMS-a, że powinniśmy już być na przystani, bo prom zaraz odpływa. Płacimy więc za to, co udało nam się dostać i lecimy na pomost, gdzie okazuje się, że prom ma półgodzinne opóźnienie. Czekamy więc, popijając piwo ( w moim przypadku cudnego, lecz kosztującego ponad 2 dolary stouta). W końcu przypływa coś, co w myślach nazywam przerośniętą motorówką. Wsiadamy więc i po godzinie bardzo szybkiej jazdy (hmm, jak powiedzieć "jazda" w odniesieniu do pływania? ;) ) jesteśmy na miejscu.
Wszyscy pasażerowie promu są zapraszani przez panią z obsługi (hmm, czego? wyspy?) na krótkie spotkanie, podczas którego tłumaczy zasady przebywania na wyspie (że nie ma szpitala, żeby nie łazić nocą po dżungli, nie ubierać się wyzywająco w miejscach, gdzie mieszka lokalna ludność, itd.). Szybko znajdujemy fajny guesthouse (płacimy chyba 4 albo 5 dolarów), przebieramy się i idziemy poplażować.
Idziemy przed siebie wzdłuż wybrzeża. Gdy plaża się kończy, większość naszej grupy wybiera ścieżkę prowadzącą przez dżunglę. Chcę iść dalej prosto, więc przeskakuję po skałach. Uwielbiam takie wyzwania. No i te widoki...
Po jakimś czasie skały się kończą i powraca piaszczysta plaża, na której odnajdujemy resztę naszej grupy. Plażujemy sobie tam do zachodu słońca, oglądając uciekające przed nami białe kraby i małe rybki. Po zachodzie większość naszych ludzi wraca, ja z dwoma kolegami idziemy jeszcze kawałek dalej przed siebie. Odnajdujemy bardzo malowniczy pomost, na którym siedzimy do zmierzchu. Później wracamy po ciemku przez dżunglę mając do dyspozycji tylko jedną latarkę w aplikacji rozładowującego się telefonu jednego z kolegów. Cudna przygoda!
Wieczór spędzamy na piciu drinków i jedzeniu lokalnych potraw. Nocą wybieramy się popływać w świecącym planktonie. Rzeczywiście wrażenia są niesamowite, kiedy przy każdym ruchu otacza nas stado błękitnych, świecących kropeczek. Cudownie!
Sihanoukville -> Koh Rong
Dziś płyniemy na wyspę Koh Rong, gdzie zamierzamy zostać do jutra. Nasz prom (który kosztował chyba 28 dolarów w obie strony) odpływa o 11:00. Rano wstaję dość wcześnie (nasz pokój nie ma okien, więc trudno mi uwierzyć, że to już nowy dzień) i idę przespacerować się wzdłuż morza. Gdy wracam, część osób już wstała, idziemy więc na śniadanie. Zamawiam sałatkę owocową i naleśnika z bananem. O ile sałatkę dostaję w miarę szybko, o tyle na resztę zamówionych rzeczy czekamy i czekamy. Po godzinie oczekiwania (czyli około 10:30) nasi towarzysze (którzy mają nasze bilety) piszą nam SMS-a, że powinniśmy już być na przystani, bo prom zaraz odpływa. Płacimy więc za to, co udało nam się dostać i lecimy na pomost, gdzie okazuje się, że prom ma półgodzinne opóźnienie. Czekamy więc, popijając piwo ( w moim przypadku cudnego, lecz kosztującego ponad 2 dolary stouta). W końcu przypływa coś, co w myślach nazywam przerośniętą motorówką. Wsiadamy więc i po godzinie bardzo szybkiej jazdy (hmm, jak powiedzieć "jazda" w odniesieniu do pływania? ;) ) jesteśmy na miejscu.
Wszyscy pasażerowie promu są zapraszani przez panią z obsługi (hmm, czego? wyspy?) na krótkie spotkanie, podczas którego tłumaczy zasady przebywania na wyspie (że nie ma szpitala, żeby nie łazić nocą po dżungli, nie ubierać się wyzywająco w miejscach, gdzie mieszka lokalna ludność, itd.). Szybko znajdujemy fajny guesthouse (płacimy chyba 4 albo 5 dolarów), przebieramy się i idziemy poplażować.
Po jakimś czasie skały się kończą i powraca piaszczysta plaża, na której odnajdujemy resztę naszej grupy. Plażujemy sobie tam do zachodu słońca, oglądając uciekające przed nami białe kraby i małe rybki. Po zachodzie większość naszych ludzi wraca, ja z dwoma kolegami idziemy jeszcze kawałek dalej przed siebie. Odnajdujemy bardzo malowniczy pomost, na którym siedzimy do zmierzchu. Później wracamy po ciemku przez dżunglę mając do dyspozycji tylko jedną latarkę w aplikacji rozładowującego się telefonu jednego z kolegów. Cudna przygoda!
Wieczór spędzamy na piciu drinków i jedzeniu lokalnych potraw. Nocą wybieramy się popływać w świecącym planktonie. Rzeczywiście wrażenia są niesamowite, kiedy przy każdym ruchu otacza nas stado błękitnych, świecących kropeczek. Cudownie!
KAMBODŻA 2015 - dzień 11
środa, 4 listopada 2015
Kampot -> Sihanoukville
Nasz autobus do Sihanoukville odjeżdża dopiero o 11-tej, możemy więc dłużej pospać i spokojnie zjeść śniadanie. Busik podjeżdża po nas chwilę po czasie, pakujemy się do niego ciasno i ruszamy. Chcemy zatrzymać się w "Utopii", ponoć "raju dla back-packersów". Podoba mi się klimat tego miejsca, choć reszcie grupy chyba średnio przypadło do gustu.
Zanim dojechaliśmy, zakwaterowaliśmy się i zjedliśmy, zrobiło się późne popołudnie. Idziemy na plażę łapać ostatnie promyki słońca. Sihanoukville nie jest jakimś wybitnie ciekawym, ładnym ani porywającym miejscem. Za to wzdłuż głównej ulicy prowadzącej od ronda z lwami do morza jest sporo sklepików, w których można dość tanio kupić ciuchy i pamiątki.
W Utopii trafiamy na happy hours, gdzie piwo kosztuje 0,25 dolara. Grają muzykę na żywo, dużo ludzi siedzi w basenie, część sobie gdzieś pląsa. Chillout :)
Kampot -> Sihanoukville
Nasz autobus do Sihanoukville odjeżdża dopiero o 11-tej, możemy więc dłużej pospać i spokojnie zjeść śniadanie. Busik podjeżdża po nas chwilę po czasie, pakujemy się do niego ciasno i ruszamy. Chcemy zatrzymać się w "Utopii", ponoć "raju dla back-packersów". Podoba mi się klimat tego miejsca, choć reszcie grupy chyba średnio przypadło do gustu.
Zanim dojechaliśmy, zakwaterowaliśmy się i zjedliśmy, zrobiło się późne popołudnie. Idziemy na plażę łapać ostatnie promyki słońca. Sihanoukville nie jest jakimś wybitnie ciekawym, ładnym ani porywającym miejscem. Za to wzdłuż głównej ulicy prowadzącej od ronda z lwami do morza jest sporo sklepików, w których można dość tanio kupić ciuchy i pamiątki.
W Utopii trafiamy na happy hours, gdzie piwo kosztuje 0,25 dolara. Grają muzykę na żywo, dużo ludzi siedzi w basenie, część sobie gdzieś pląsa. Chillout :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)